
Łódź bardziej filmowa
Pierwsza w Polsce Komisja Filmowa zaczęła wczoraj działać w Łodzi. Ma ściągać do nas polskie i międzynarodowe produkcje kinowe, telewizyjne i reklamowe
Zadanie przed nią niełatwe, zwłaszcza jeśli chodzi o wysokobudżetowe produkcje, bo zagraniczni producenci nie garną się, by kręcić filmy w Polsce. A to przez brak ulg podatkowych, które oferuje wiele krajów, nie tylko we wschodniej Europie.
- Środowisko filmowe walczy o nie od lat, ale jak dotąd bez skutku - mówi Piotr Dzięcioł, szef Opus Filmu. - Nie chodzi tylko o zmiany w prawie podatkowym, lecz o praktykę. Zagraniczny kontrahent, dla którego pracowałem, czekał na zwrot VAT-u półtora roku. To zniechęca do przyjeżdżania do Polski, skoro w Pradze to samo trwa dwa tygodnie.
- Nie jesteśmy tani - przyznaje Ewa Puszczyńska, także z Opus Filmu. - A w branży filmowej, nie tylko w dobie kryzysu, każdego dolara wydaje się bardzo ostrożnie.
Oboje przyznają, że powołanie Komisji Filmowej to bardzo dobra decyzja. - Tylko trzeba mieć świadomość, że to żmudna praca, której efekty nie będą widoczne z dnia na dzień - podkreśla Puszczyńska.
Czym ma się zajmować powołana przez miasto komisja? • Sprawnym wydawaniem niezbędnych pozwoleń np. na zajęcie pasajezdni, • uzyskiwaniem zgody na filmowanie od właścicieli budynków, które spodobają się filmowcom,* znajdowaniem miejsc hotelowych czy transportu dla ekipy, • informowaniem o wszystkich filmach realizowanych w Łodzi, • pozyskiwaniem inwestorów - wylicza Monika Głowacka, szefowa komisji. - Dysponujemy bazą około stu lokacji. A przygotowujemy listę pracujących w Łodzi profesjonalistów z branży filmowej.
Dzięcioł: - Alan Starski opowiadał mi o tym, jak robił z Agnieszką Holland „Plac Waszyngtona". Przyjechał do komisji filmowej w Baltimore i zostawił scenariusz. Gdy wrócił po ty-dniu, przedstawiciel komisji do każdej sceny zaproponował mu kilka lokacji. Jak tak będzie wyglądało u nas, to producenci przyjadą.
- Dla producenta filmowego równie ważne, co aspekt finansowy, jest poczucie bezpieczeństwa - mówi Jacek Wilczyński, szef Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych. - Możliwość załatwienia formalności
w jednym miejscu to rzecz bezcenna. Chylę czoła przed Łodzią, że zdecydowała się na powołanie komisji.
Robert Gliński: - Z żalem patrzę, jak absolwenci szkoły filmowej znikają z Łodzi po studiach i już tu nie wracają. Gdy kręcą etiudy, rodzi się w nich pierwsza miłość do tego miasta, a potem się gdzieś gubi. Komisja może sprawić, że to się zmieni.
Łódź nie tylko utworzyła komisję, lecz także przystąpiła do międzynarodowego stowarzyszenia AFCI, zrzeszającego 320 komisji filmowych działających w ponad 30 krajach. Roczna
opłata za przynależność do stowarzyszenia to zaledwie 750 dolarów, a daje możliwość promocji łódzkiej oferty na całym świecie.
W łódzkiej komisji będą pracować na razie trzy osoby. Tymczasowe biuro mieści się przy ul. Piotrkowskiej 115. - Mam nadzieję, że w połowie maja zaproszę do nowej siedziby przy al. Kościuszki 88 - mówi Monika Głowacka.
Powstanie komisji to kolejny krok po utworzeniu miejskiego funduszu filmowego, który Łódź powołała - też jako pierwsza w Polsce - dwa lata temu. Do końca kwietnia okaże się, które z ponad 30 projektów dostaną dofinansowanie na realizację filmów. To już trzecie rozdanie. Do podziału jest milion złotych. W 2008 roku taką sumę rozdzielono między sześć tytułów: ukończone już „Nekropolis" Andrzeja Czuldy, „Zuzanna" Darii Kopiec i „Kern" Grzegorza Królikiewicza, „Jestem twój" Mariusza Grzegorzka, „Nie ten człowiek" Pawła Wendorffa (w miejsce „Czekając na deszcz" Piotra Trzaskalskiego) oraz „Danny Boy" Marka Skrobeckiego. Pierwotnie pieniądze dostał także „Bunt na Łodzi" Jacka Talczewskie-go, ale zamiast tego, mniejszą kwotą, film dofinansowano z budżetu wydziału promocji.
- Mam nadzieję, że w 2010 roku przeznaczymy na wsparcie produkcji filmowych półtora miliona złotych - zapowiada Włodzimierz Tomaszewski, wiceprezydent Łodzi.

