
Skończyć z domami dziecka
Domy dziecka to przeżytek. Należy zrobić wszystko, żeby dzieci opuściły placówki i poszły do rodzin adopcyjnych, zastępczych i rodzinnych domów dziecka. Wczoraj podpisano Deklarację Łódzką, która ma wszystkich do tego przekonać.
Wiele dzieci przebywa w domach dziecka w stanie zawieszenia. Mają rodziców, ale ci nie odwiedzają ich lub wpadają raz na rok. Takie pozorne zainteresowanie rodziców sprawia, że nie można wyjaśnić sytuacji prawnej i nie można skierować dzieci do adopcji. Mieszkają w placówkach latami.
Wczoraj w Łodzi radni i politycy podpisali Deklarację Łódzką, która ma przekonać wszystkich, by zlikwidować wreszcie państwowe placówki. Deklarację podpisali Jolanta Kwaśniewska, Agnieszka Wojciechowska, dyrektor biura Joanna Kluzik-Rostkowska, posłanka PiS, Krzysztof Kwiatkowski, senator PO, i troje radnych PO. Akcję wspiera aktor Piotr Fronczewski.
Inicjatorami Deklaracji Łódzkiej są fundacje Happy Kids oraz Jaś i Małgosia.
To, że państwowe domy dziecka, molochy, gdzie wychowawcy pracują na zmiany, są złe, wszyscy wiedzą. Ale jak to zmienić? - Można brać przykład z Fundacji Happy Kids, która prowadzi trzy rodzinne domy dziecka. Wychowuje się w nich 20 dzieci. Żyją jak w normalnej rodzinie: obchodzą święta, jest dziadek, babcia, rodzą się związki uczuciowe. Koszt utrzymania dziecka w takim domu to połowa tego, ile pochłania wychowanek domu dziecka. Zależy nam, żeby inwestować w różne formy opieki rodzinnej nad dziećmi, a nie w państwowe placówki - mówi Marek Kuszewski, prezes Fundacji Happy Kids.
Ważne też jest, by dziecko odebrane matce, która ma życiowe trudności, mogło do niej kiedyś wrócić. Dlatego są plany zmiany kodeksu rodzinnego. Jeśli przez rok rodzice nic nie zrobią ze swoim życiem - nie zerwą z nałogiem, nie znajdą pracy czy mieszkania - zostaną pozbawieni praw rodzicielskich. - Zmiany w kodeksie rodzinnym mają dać szansę rodzicom biologicznym: idźcie na leczenie, znajdźcie pracę, znajdźcie mieszkanie. Jeśli nie wykorzystają swojej szansy przez rok, dziecko pójdzie do adopcji - mówi Tomasz Michałowicz z fundacji Jaś i Małgosia.

